To nasz ostatni dzień w Czarnobylu. Wiemy co na nas dzisiaj czeka, wiemy też, że dzisiaj opuścimy Strefę. Mieszają się uczucia. Ciekawość, zadowolenie, zaintrygowanie i lekkie zaniepokojenie, trochę złości i już pojawiającej się tęsknoty za tym miejscem. Strefa Wykluczenia to miejsce, które nie nadaje się na krótkie wycieczki. No może nie na jednorazowe, krótkie wycieczki. To miejsce przyciąga jak magnes. Jest w nim coś mocno intrygującego. Strefa to wielki kocioł, w którym w pierwszych dniach się gotowało a potem, przez 30 lat gorąca na początku mieszanka tragedii, tajemnicy, techniki, historii i spokoju doprawiona fauną i szczyptą promieniowania dojrzewała spokojnie. To raj nie tylko dla zwierząt i roślin. To kultowe miejsce dla wszystkich wielbicieli post apokaliptycznych klimatów, urbexu, techniki cywilnej i wojskowej oraz historii. Dla złomiarzy też. Tu nie można się nudzić. Zawsze jest coś do zobaczenia, odkrycia, sprawdzenia. Nigdy nie brakuje dreszczyku emocji towarzyszącemu poznawaniu czegoś co się uwielbia oraz odkrywaniu tajemnic dużych i małych. Spektrum krajobrazu również jest szerokie. Od lasów, łąk i bezdroży po zakłady wojskowe, laboratoria i mocno niegdyś zurbanizowane miejsca skupiające dziesiątki tysięcy ludzi. A w centrum elektrownia i reaktor napędzany strachem. Kiedyś elektrownia dawała prąd setkom tysięcy ludzi. Dzisiaj ta sama elektrownia napędza i rozbudza wyobraźnię podobnej ilości osób. Na Ziemi jest wiele miejsc mających podobny klimat, jednak to jest wyjątkowe. Do tego dochodzi jeszcze zimna wojna, wszystkie jej tajemnice i stan umysłów ludzi tworzących wtedy najnowsze technologie, które dzisiaj można podziwiać, mimo niszczejącego stanu. Zew Prypeci doprowadził nas do kolejnej budowli i cudu inżynierii tamtych czasów.
Na szczycie dzięcioła


Opuściliśmy hotel. Zostawiliśmy nasze rzeczy w jednym pokoju. Wrócimy tam jeszcze na obiad i prysznic przed naszym ostatecznym wyjazdem ze Strefy. Jadąc w stronę Prypeci, odbiliśmy w lewo. Jechaliśmy asfaltową drogą pośród gęstego lasu iglastego. Mój ulubiony klimat :) Droga przed nami była dość nietypowa. Na odległości ponad 7km były może dwa zakręty. Jadąc nią czuć, że to nie jest droga, która prowadzi do przeciętnego miejsca. Tylko tajne obiekty były położone tak głęboko w lesie. Taką drogę łatwo było kontrolować. Z dużej odległości widać było od razu, że ktoś nadciąga. Gęsty las uniemożliwiał ruch wszelkich pojazdów. Jadąc przez las wszyscy radośnie podskakiwali na siedzeniach w busie :) Podobnie jak w Kijowie, z tą różnicą, że tą drogą nikt się nie przejmował od czasów katastrofy albo i wcześniej.
Dojechaliśmy. Koniec drogi doprowadził nas do miejsca zwanego Czarnobyl 2. Kolejne małe miasto odcięte od cywilizacji. Jadąc jeszcze chwilę dotarliśmy pod zieloną bramę z wielkimi, błyszczącymi gwiazdami pamiętającymi świetność Związku Radzieckiego. Do tej pory to miejsce nie było mi znane. Szczegóły jak to wszystko wygląda pozostawały tajemnicą do ostatniej chwili. Przy bramie był jeszcze budynek – cieciówka. Na nasze powitanie wyszło dwóch panów. Uśmiechnięci i radośni. Nie byli sami. Podobnie jak pod elektrownią, pojawił się również szczekający komitet powitalny. Krótka rozmowa z bramkarzami i kierujemy się w stronę lasu. Idąc najpierw po chodniku a potem po piaszczystej drodze dochodziliśmy powoli do wielkiego, piaszczystego placu. Ponad drzewami i budynkami widać monumentalną konstrukcję ze stali.
Doszliśmy do radaru Duga. Nazywano go również Okiem Moskwy. Konstrukcja jest tak wielka, że ludzkie oko nie może uchwycić jej ogromu. Sposób postrzegania odległości i wysokości przez ludzkie oko znacznie się różni. Nasze oko tą samą odległość w poziomie widzi inaczej niż w pionie. Przyzwyczajeni jesteśmy do widoku horyzontalnego, poziomego. Patrząc do góry, 150 m wydaje się znacznie mniejszą odległością niż w poziomie. Tak też było tutaj. Dla porównania zwykły, jedenastopiętrowy blok ma ok. 32 m wysokości. To dużo, patrząc na niego z dołu. Radar Duga jest pięciokrotnie wyższy, czego oczywiście nie widać stojąc zaraz pod nim.
Są tam dwie anteny. Jedna wyższa, ta 150 metrowa a druga niższa, mająca 100m wysokości. To nadal dużo. W sumie obie anteny mają prawie 800 m długości. Jak monumentalna jest ta konstrukcja nie da się opisać ani pokazać na zdjęciach. Do tego potrzebne jest jeszcze poczucie przestrzeni.





Zdecydowałem, że wyjdę na dużą antenę. Właściwie to zawsze chciałem wyjść na dużą i nie brałem nic innego pod uwagę. A poza tym nie ma co się ograniczać i później żałować. Jak spaść to z dużego konia :) Długo nie myśląc zabrałem się za wspinaczkę. Reszta chłopaków rozeszła się po innych punktach do wchodzenia. Zaraz za mną podążał Radziu i Renata. Krystian i Wojtek poszli na małą Dugę. Pierwsza kondygnacja za mną. Jest dobrze. Idziemy dalej. Po pewnym czasie dotarłem do połowy.


Widoki zaczęły się robić coraz ciekawsze. Radziu zaraz za mną. Korzystaliśmy z dobrej zasady, że na jednej drabinie może być jedna osoba. Szczególnie w takim miejscu. Wycieczka do góry zaczęła dawać o sobie znać. Majtający się lekko aparat trochę przeszkadzał. 3/4 wysokości. Z boku widać było już szczyt mniejszej anteny. Cieszyłem się, że jestem na większej. Kompletnie nie czułem zaniepokojenia, strachu ani lęku przestrzeni. Nie piszę tego po to, żeby kozaczyć ale było to dla mnie trochę dziwne. Ogólnie nie mam z tym problemu i lubię wysokości. Zazwyczaj czuję lekkie zawirowania spowodowane przestrzenią, co jest zupełnie normalne. Tu tego nie było i wydawało mi się to dość nietypowe. Stawiam na to, że powolne wchodzenie pozwoliło na przyzwyczajenie się do wysokości i przestrzeni. Do tego konstrukcja była szeroka i budziła zaufanie. Przynajmniej dla mnie :) Ręce zaczęły lekko się buntować ale nie było tragicznie. Tu raczej starałem się nie przesadzać ze względu na bezpieczeństwo. Zmęczony mięsień może podziękować za współpracę w najmniej odpowiedniej chwili. Kosze za plecami dawały poczucie bezpieczeństwa ale radar Duga to nie jest najświeższa konstrukcja. Wszystko się lekko ruszało. Mimo wieku jest to naprawdę porządna konstrukcja. Tak czy siak czas robi swoje i trzeba uważać. Renata pozostała na trzecim piętrze. Wyjście na szczyt jest dość wymagające nie tylko psychicznie ale i fizycznie. Dla osób nie bywających na wysokościach zbyt często, takie wyjście może być niemożliwe ze względu nie tylko na lęk przestrzeni i wysokości (niektórym przechodzi z czasem) ale i na silny brak zaufania do tego żelastwa. Dodatkowego smaczku dodaje wiek instalacji, dźwięki i przestrzeń wokoło. Wspinam się dalej. Po kilkunastu minutach dotarłem do kondygnacji gdzie szerokość konstrukcji zmniejszyła się o ponad połowę. Nade mną zostały jeszcze trzy piętra do pokonania, które były znacznie bardziej wyeksponowane. To dla niektórych jest punkt powrotu. Innych motywuje. Po krótkiej przerwie na złapanie oddechu, zachwycaniu się widokami i wykonaniu kilku zdjęć ruszyłem na szczyt. W połowie węższej kondygnacji poczułem w końcu lekkie zaniepokojenie ekspozycją, jednak nie zniechęciło mnie do odwrotu. Ostatnia kondygnacja nie miała już półpięter. Drabina miała długość dwóch poprzednich bez miejsca na przerwę. Oddech, zdjęcie, dwa słowa do Radzia i do góry.
Wyszedłem! Jestem na szczycie Dugi! Okazało się, że byłem pierwszy, ale nie o to tu chodziło. Dla wielu osób to był duży wyczyn nie tylko fizyczny ale i psychiczny. Fajnie, że są ludzie, którzy lubią przekraczać swoje granice i nie boją się o tym mówić!
Widok powalał. Nie miałem już żadnego zaniepokojenia wysokością czy przestrzenią. Czułem się właściwie komfortowo jak na ziemi co lekko mnie zaskoczyło :) Wiatru praktycznie nie było. Wcześniejsze opowieści o dużym odchylaniu się konstrukcji podczas wiatru nie mogły zostać przeze mnie sprawdzone. Radziu po chwili dołączył do zdobywców Oka Moskwy. Po pewnej chwili reszta chłopaków zaczęła się pojawiać na szczycie. Szczęście było ogromne, widoki zachwycały. Nie mogliśmy się nacieszyć! Mógłbym siedzieć na szczycie cały dzień. Samo bycie tam daje ogromne zadowolenie. Do tego jeszcze historia tego miejsca podsyca emocje. Ogrom pracy jaki włożono w budowę tego dzieła techniki i inżynierii jest nie do opisania. Trzeba tam być. Będąc na szczycie pomyślałem sobie patrząc na nadciągające chmury, że nie jest to jednak dobre miejsce na pobyt w trakcie burzy ;) Po czasie jednak chmury zaczęły się rozchodzić. Robiliśmy zdjęcia, z Radziem zachwycaliśmy się widokami, zmęczeniem i samą konstrukcją. W oddali widać elektrownię, niknące w lekkiej mgle bloki Prypeci, ogromne połacie lasów i pod nami cały kompleks Czarnobyl 2.
Czas zasuwał jak szalony. Obeszliśmy jeszcze nasz poziom, zajrzeliśmy gdzie się dało, zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i zaczęliśmy myśleć o schodzeniu. Czas potrzebny na zejście jest niewiele krótszy od tego, który potrzebny jest na wyjście.














Czarnobyl 2
Komu w drogę… jak to mówią. Schodziło się w sumie szybko. Było podobnie męczące mimo, że grawitacja lekko pomagała. Bez aparatu i 135L w kieszeni byłoby dużo łatwiej. Po kilkunastu minutach dołączyłem do Renaty na trzecim piętrze. Po chwili wszyscy z naszej części ekipy byliśmy już na piaszczystym placu przed radarem. Teraz ponownie mogliśmy podziwiać ogrom tej konstrukcji, wiedząc jak to jest być na górze. I znów antena wydawała się niższa niż faktycznie jest. Czekaliśmy teraz tylko na ekipę Tomka.
Poszliśmy dalej. Przed nami była jeszcze eksploracja budynków w których znajdowało się centrum sterowania radarem. Sam radar był pozahoryzontalnym systemem ostrzegania przeciwrakietowego dalekiego zasięgu. Miał pewnie jeszcze kilka ciekawych zastosowań :) Hale, w których znajdowały się urządzenia sterujące, również były pokaźnych rozmiarów. Sterownia główna miała kilka ciekawych elementów, jak na przykłada makieta ziemi. Bardzo fajne rozwiązanie ilustrujące sytuację pokazywaną przez radar. Już nie robią takich :) Przeszliśmy przez sale szkoleniowe, biura i na końcu serwerownię. Nie było tu wiele, poza półkami na elektronikę, która wietrzyła się na zewnątrz. Niestety szabrownicy, złomiarze i nie wiadomo kto jeszcze doprowadził to miejsce do takiego stanu. Szkoda bo byłoby z niego niesamowite muzeum techniki. Aż żal patrzeć jak to wszystko niszczeje. Obeszliśmy cały kompleks, wracając widzieliśmy jeszcze wyrastające ponad drzewa anteny wbijające się w niebo. Wracaliśmy świetną uliczką, która przynajmniej dla mnie miała wyjątkowy klimat. Pogoda zaraz po zejściu z radaru zrobiła się bardzo wiosenna. Na szczycie towarzyszył nam widok chmur, które lekko zaczęły się rozchodzić. Dopiero wracając cieszyliśmy się niebieskim niebem. Czasu było coraz mniej więc poszliśmy dalej, do części mieszkalnych kompleksu Czarnobyl 2. Po drodze minęliśmy coś co przypominało ciepłownię. Wyglądało jak mała cegielnia. Sądząc jednak po zbiornikach i kominie musiała być to ciepłownia. Doszliśmy do bloków. Cały kompleks był odcięty od świata i wyglądał jak normalne miasto. Nic tu nie brakowało. Były bloki, domy, place zabaw, sklepy, warsztaty i szkoły. Ludzie nie musieli opuszczać tego miejsca. Rodziny pracowników mogły spokojnie tu żyć. Ciekawe jak wpływało na nich pole elektromagnetyczne emitowane przez antenę, hmm…
Ciekawostką były wieżyczki strażnicze porozsiewane sporadycznie po osiedlu. Widok niecodzienny w takim na pozór cywilnym miejscu. Ciekawe było również to, że place zabaw były bardzo liczne w okolicy. Do tego zabawki a raczej małe instalacje dla dzieci były wykonane z betonu, stali i drewna. Samolot na jednym z placów wykonany był z dipola. Takiego samego jakie były zainstalowane na antenie. Wszystko się przydało :) Kontynuowaliśmy eksplorację tego fascynującego miejsca.






































W lesie sosnowym nad piaszczystym brzegiem
Dotarliśmy do naszego strefobusa. Jadąc w kierunku Czarnobyla zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy lesie. Po krótkim spacerze między drzewami doszliśmy do miejsca, w którym znajdowała się pokaźnych rozmiarów wioska letniskowa tuż przy jeziorze. Kawałek od drogi, pomiędzy drzewami porozrzucane były kolorowe domki. Każdy z nich miał na swojej ścianie postacie z bajek. To obóz dziecięcy Szmaragd. A miejsce w jakim się znajduje nie mogło być lepsze. Piaszczyste podłoże, drzewa pachnące żywicą w lecie, kawałek dalej piaszczysta plaża i woda. Poszliśmy zobaczyć jak wygląda plaża. Kolejne oczarowanie. Widoki powalały, czasami dosłownie :) Spędziliśmy tam jeszcze niestety zbyt krótką chwilę. Uciekał nam czas a mieliśmy przed sobą jeszcze jeden obiekt.









Ostatni przystanek
Nasza dalsza podróż doprowadziła nas do bliskiej okolicy elektrowni. Tym razem jednak były to okolice bloków reaktora 5 i 6 w których miały pracować zmodyfikowane i przystosowane do produkcji prądu wojskowe reaktory RBMK-1000. Na potrzeby tych dwóch, miały powstać ogromne wieże chłodnicze pozwalające na odprowadzenie ciepła z reaktorów. Szybki rozwój okolicy, ambicje i zapotrzebowanie na prąd skłoniły władze do zbudowania kolejnych reaktorów. Szybko okazało się jednak, że sztuczny zalew stworzony na potrzeby chłodzenia pierwszych czterech reaktorów nie wystarczy. Przystąpiono więc do budowy wież. Katastrofa przerwała jednak ten proces. Wieże przez 30 lat nie zmieniły swojego wyglądu. Wiszą tam nawet rusztowania. W dolnej części wieży poskładane są ogromne ilości betonowych płyt gotowych do instalacji. Wychodząc z busa, ponownie zostaliśmy przyjęci przez szczekający komitet powitalny. W pobliżu znajdowała się stacja załadunku materiałów na potrzeby budowy NovArki. Idziemy dalej torami. Tu pociąg nam nie grozi :)

Znaleźliśmy czaszkę jakiegoś zwierzęcia. Oczywiście sprawdziliśmy poziom promieniowania. W kościach zwierzyny żywiącej się roślinami osadza się Cez 137 i inne pierwiastki promieniotwórcze. Było lekko ponad tło. Po prawej wielka kopara, my skręcamy w lewo. Zbliżając się do wieży, trafiliśmy na hotspot. Małe zagłębienie w ziemi ruszyło nasze dozymetry. Wygląda na to, że jakiś promieniotwórczy kawałek utkwił w ziemi na dobre. Nie wiem tylko co to, może kawałek sarkofagu reaktora, który przyleciał tu po wybuchu a może odpadł z transportu. A może ktoś zakopał specjalnie?
Stojąc w środku wieży widać jak wielka jest ta konstrukcja. Jest OGROMNA! Z daleka tego nie widać. Na zdjęciach tego nie widać. Filmy również tego nie pokazują. Nikt nie oparł się pokusie pokrzyczenia :) Echo wielokrotnie wracało do nas. Czasami nawet brzydko odpowiadało ;F Jeszcze chwilę posłuchaliśmy jak echo nas nienawidzi i udaliśmy się w kierunku busa. W około leżały lodówki, kuchenki i inne metalowe przedmioty. Wywożono tu złom po katastrofie.













To był nasz ostatni przystanek. Po drodze ostatni raz przeszliśmy kontrolę dozymetryczną na dziesiątym kilometrze. W hotelu ogarnęliśmy się szybko, zjedliśmy ostatni posiłek w Zonie, pozbieraliśmy nasze rzeczy i wyjechaliśmy z Czarnobyla. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na szybkie zakupy i na dobre pożegnaliśmy się ze Strefą.
Droga powrotna minęła dziwnie szybko. Zaliczyliśmy jeszcze jeden przystanek w Sarnach. Ten sam, gdzie o nieprzyzwoicie wczesnej porze jedliśmy na początku wyprawy śniadanie. Szczerze mówiąc już tęskniłem. Czułem ogromny brak Strefy. Wiedziałem też, że niedługo będziemy musieli opuścić naszą już dawno zgraną Ekipę. Przed nami było zaledwie 250km wspólnej drogi. Im bardziej oddalaliśmy się od Zony, tym mocniej myślałem o powrocie tam. To poczucie, że zostawiłem tyle nieodkrytych miejsc, tyle niezrobionych zdjęć i tyle pomysłów, które mogłem tam zrealizować nie dawało mi spokoju. Moje katusze zakłóciła przeprawa przez granicę. 4 godziny czekania, przed nami 5 innych autokarów. Kontrola najpierw w części sąsiadów, potem ojczystej. Do busa wpadła pani celniczka, która kilku osobom bardzo przypadła do gustu :) Najpierw zarzuciła po ukraińsku pytanie ilu nas tam jest a zaraz po tym jak się dowiedziała, że to my, rodacy, jej poziom szczęścia podniósł się o kilka znaczących poziomów i uśmiech zawitał na jej twarzy. Wcześniejszy autokar był z Jumy. Musieli ostro się namęczyć :) Odebrała od nas paszporty i zniknęła w mroku, wcześniej informując nas, że odwiedzi nas jeszcze jej kolega. No i przyszedł pan celnik. On nikomu nie przypadł do gustu :). Widocznie miał zły dzień. Jeszcze średnio szybka kontrola bagażu z tyłu i jednego plecaka w środku dzieliła nas od ojczyzny. Teraz zostało tylko 45 kilometrów do Trzech Dębów gdzie zostawiliśmy nasz dyliżans. Dojechaliśmy. Nadszedł czas kiedy musieliśmy opuścić nasz wesoły busik :) Większość ekipy spała. Pożegnaliśmy się i oddalili się znikając w mroku nocy. To był koniec naszego wspólnego wyjazdu.

Ale dla nas to nie był jeszcze koniec nocy. Jak również dla części pozostałej w busie Ekipy. Większość miała przed sobą podobną ilość kilometrów jak my. Odebraliśmy nasz samochód i pojechaliśmy dalej. To był błąd. Po 60km zmęczenie wygrało. Nie lubię głupio ryzykować życia nie tylko swojego ale i innych tylko po to, żeby na siłę dojechać do domu. A przed nami było jeszcze 320km! Mogliśmy w sumie zostać w Trzech Dębach co byłoby optymalnym rozwiązaniem. Tak się jednak nie stało. Jadąc w kierunku Rzeszowa, przejechaliśmy obok Zajazdu u Alfreda :) Wyglądał ok, więc zawinęliśmy na najbliższym rondzie i po minucie byliśmy na parkingu. Wcześniejsze próby snu w samochodzie, obok dziwnej stacji benzynowej po środku bezkresnych pól, gdzie ktoś pozostawił na placu przy drodze działający samochód nie powiodły się. W Alfredzie nie było już problemu. Restauracja wyglądała zachęcająco. Po wypełnieniu cyrografu i złożeniu daniny miła pani przekazała nam klucz. Na zewnątrz robiło się już jasno. Pokój był prosty ale czysty. Nie było w nim za wiele poza łóżkiem, szafką, telewizorem i łazienką. Nic więcej nie potrzebowaliśmy. Sen przyszedł szybko. Budzik ustawiliśmy niestandardowo bo powitał nas o 11:00. Rano zjedliśmy śniadanie. Jajecznica była bardzo dobra. Jeszcze herbatka i w drogę. To już był całkowity koniec naszej wyprawy. Zew Prypeci nadal jednak szumi w głowie.
Jednak to nie koniec opowieści o wyprawie do Strefy. Zakończyliśmy naszą krótką, wstępną historię. Mamy jeszcze wiele do pokazania i opisania. Chcemy aby każde miejsce miało swoją chwilę dla siebie. Trochę dokładniej, trochę bardziej technicznie. Więcej historii i drobiazgów. Do naszego działu „W Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia” dodawać będziemy co jakiś czas nowe artykuły na temat Strefy i naszej wizyty w niej. Nie jest to także nasza ostatnia wizyta. Do zobaczenia!
Do Czarnobyla pojechaliśmy z napromieniowani.pl. Wyprawa od początku do końca była przygotowana profesjonalnie przez ekipę z pasją a nie biuro turystyczne. Mimo, że Strefa to miejsce gdzie można spędzić miesiąc i dalej nie zobaczyć wszystkiego to Krystian zadbał o to, aby nasz krótki pobyt był wypełniony najciekawszymi miejscami co do ostatniej minuty.